sobota, 3 października 2015

Repentless - Praise the SLAYER




















Płyty SLAYER dzielimy na dwie grupy.

Wielkie Albumy, czyli od Show No Mercy do Seasons in the Abyss.
Pierwsza dekada agresji wywołująca najdzikszy sentyment.

Solidne Albumy, czyli to co bogowie nagrali potem.
Repentless to solidna jazda, której miło się słucha, ale oczekiwania
wobec SLAYER są zawsze większe... W sercu  wyznawcy jest zawsze
diabelska iskierka nadziei, że może tym razem się uda i Zabójca
wróci do czasów gdy Piekło było jeszcze młode...
Cóż, mamy kolejny mocny album SLAYER, jednak nie
jest to ten podmuch piekielnego ognia, który by mnie rozpalił do czerwoności...

Słowa uznania za ostre brzmienie tej płyty.





Ciekawy wers w utworze Take Control:

I am the propaganda war machine

Przywołuje echa War Ensemble:

Propaganda death ensemble

...

Sport the war, war support


The sport is war, total war



Ciekawe jak to jest, że fani Metalu to stwory czasem
konserwatywne i nostalgiczne...
Zwróćcie uwagę na samą końcówkę albumu Repentless.
Toż to wypisz wymaluj staroświecki, wczesny SLAYER.
Oldskulowe riffy w piekielnym klimacie starych nagrań Zabójcy.
Ten końcowy jazgot mnie rozczula...

King jest wyrachowany i nie zaryzykuje nagrania płyty
w stylu retro Thrash, a wielka szkoda.
SLAYER powinien nagrać materiał plagiatujący własną przeszłość.



Lucifer rules supreme












Spotkałem Jarka w klubie Dzik przy Belwederskiej i naturalnie
jest pamiątkowe zdjęcie.
Akurat przechodziłem z płytą SLAYER w teczce





Monika Szubrycht zwraca uwagę małżonkowi:


No, to jest jakaś muzyka, a nie te smuty co ciągle puszczasz. Takiego cię brałam!


Taka żona to skarb






























Here in 1994
Things are different than before







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz